|
Trwają wakacje. Dzieci mogą odpocząć od nauki. Jednak sposób, w jaki będą odpoczywać, w dużej mierze zależy od nas, dorosłych. O ile w miastach rozluźniły się ulice, bo spora część ich mieszkańców spędza urlopy w ciszy lasów i w chłodzie wód, o tyle wsie przeżywają natężenie prac polowych, a dzieci rolników albo pomagają w polu, albo... szukają sobie jakichś zajęć w obrębie własnych domostw. Czy jednak wszystkie dzieci w małych miejscowościach wymyślą dla siebie atrakcyjne zabawy bez podpowiedzi zmęczonych pracą w polu rodziców? Nie. Obok rozbawionych grup będą dzieci samotne, nudzące się w ciszy jakichś zakamarków. Znajdą się także malcy żądni szczególnych wrażeń, podejmujący ryzyko niebezpiecznych zabaw. Do najniebezpieczniejszych należy zabawa z ogniem. Jej skutki znamy. Analiza przyczyn powstawania pożarów mówi nam, że te spowodowane przez dzieci wybuchają najczęściej w lecie. Nic dziwnego, w tym okresie nasze pociechy, zwłaszcza na wsi, najczęściej pozostają bez opieki, na podwórkach zaś najwięcej materiałów palnych, a wysoka temperatura sprawia, że każda iskra może wywołać tragiczne skutki. Tragedię pogłębiają wypadki śmiertelne, którym ulegają nieświadomi sprawcy pożarów. Czy możemy, jako strażacy, przeciwdziałać potencjalnym nieszczęściom? Czy możemy próbować ochraniać nasz dobytek, a przede wszystkim nasze dzieci? Tak. Wiadomo, że zagrożeń nie da się wyeliminować całkowicie, ale każde mądre działanie może doprowadzić do ich marginalizacji. Przed laty Związek OSP RP propagował zorganizowane formy opieki nad najmłodszymi. Zachęcał do tych zadań starszą młodzież z drużyn młodzieżowych. Opieka miała mieć charakter zbliżony do półkolonii, być czymś w rodzaju społecznego, wakacyjnego przedszkola. Zadanie chyba zbyt mocno przerastało możliwości OSP i ich drużyn, aby mogło przynieść oczekiwany efekt. Nie stało się zatem powszechne. Podejmowane próby zostały po jakimś czasie zawieszone, ale bywały miejscowości, w których reagowano na propozycje władz Związku i tam pewne korzyści były osiągane. Kiedy wracam myślami do dzieciństwa, staję nierzadko na podwórku kolegi zza płotu i czuję się jak na stadionie. To podwórko było miejscem osiągania życiowych sukcesów dla dzieciarni z kilku sąsiadujących ze sobą uliczek. Była na nim skocznia z odpowiednio rozstawionymi deskami do skoku w dal i trójskoku, były nieźle wyskalowane, własnej produkcji słupki do skoku wzwyż. Codziennie na skoczniach padały nowe rekordy życiowe. Codziennie nowe rekordy motywowały do dalszych treningów. Utrzymywała się piękna, sportowa rywalizacja. I nie było ważne, że nie udawało się skoczyć dalej od starszego kolegi. Ważne było, że dzisiaj skoczyło się dalej, niż wczoraj. Zawodnicy, którym gorzej szło w skokach, bo ważyli na przykład trochę więcej kilogramów, próbowali sił w pchnięciu dużym kamieniem, czy kulą. Przypominam sobie te piękne czasy i myślę, że takim podwórkiem mógłby być plac przy każdej remizie. Bieganie za piłką jest przyjemne, ale wymaga odpowiedniego boiska, zebrania grupy grających. Skocznię można urządzić niemalże w każdym miejscu, a przy tym może skakać każdy i w dowolnym towarzystwie. Nie musimy się również obawiać, że dyscypliny lekkoatletyczne nie wyzwolą emocji i ambicji u dzieci. Jeśli odpowiednio ukierunkujemy motywy, to ambicja narodzi się sama. A gdyby tak jeszcze jacyś strażacy chcieli wcielić się w rolę sportowych arbitrów i co jakiś czas urządzić dla dzieci minizawody, to wakacje dla wielu mogłyby być radośniejsze i eliminujące smutne doświadczenia niebezpiecznych zabaw. druh Antoni |