|
Na Kotlinę Kłodzką huragan uderzył wieczorem w czwartek 18 stycznia tego roku. Wiatr w porywach osiągał prędkość 120 km na godzinę.
Około godz. 22 nad górami przetoczyła się gwałtowna burza z wyładowaniami, rzadko spotykana o tej porze roku. Potem spadł ulewny deszcz i powoli rozszalałe niebo zaczęło się uspokajać. Ale po godz. 2.00 nastąpił drugi, gwałtowniejszy atak wichury. Najbardziej niszczycielski podmuch szedł pasem szerokim na prawie 100 m, łamiąc na swojej drodze kilkudziesięcioletnie świerki, jak zapałki. W miejscowościach położonych przeważnie w dolinach, padały pojedyncze drzewa, tarasując drogi, zrywając linie energetyczne i telefoniczne. W potokach gwałtownie rósł poziom wody, grożąc podtopieniem niektórych domostw. Woda wdzierała się do piwnic. – Do akcji ruszyliśmy już wieczorem o godz. 23.00 – mówi naczelnik OSP w Kudowie Zdroju Leszek Łupkowski. – Zaczęliśmy od usunięcia 8 drzew, które leżały na drogach. Między Kulinem a Lewinem Kłodzkim dwa drzewa padły na tory kolejowe. O trzeciej nad ranem poszliśmy odpocząć, a potem od szóstej dalej do pracy. W piątek rano druhów z Kudowy i Słonego zastałem przy ulicy Lubelskiej, której górna część biegnie lasem. Tutaj droga skrzyżowała się z pasem szalejącej wichury i trzeba było poświęcić kilka godzin, by usunąć połamane świerki. – W tym miejscu znajduję co najmniej 50 metrów sześciennych powalonych drzew – oceniał na gorąco Roman Krupa, leśniczy z Miejskiego Zakładu Użyteczności Publicznej w Kudowie Zdroju. – Ale największe straty wiatr poczynił w zabytkowym drzewostanie na Górze Parkowej, gdzie powalił około 230 metrów sześciennych. Zniszczony został także park linowy, jedna z lokalnych atrakcji. Akcją przy ul. Lubelskiej osobiście kierował Marian Mrowiec, prezes Zarządu Oddziału Miejsko-Gminnego ZOSP RP w Kudowie Zdroju. Prezes nie tylko dowodził, ale przede wszystkim pracował z piłą spalinową w najbardziej niebezpiecznych miejscach. Niektóre połamane pnie jeszcze opierały się o konary stojących drzew i potrzebna była rozwaga i wiedza, gdzie należy ciąć, by bezpiecznie zwalić je na ziemię. Tu radą i doświadczeniem służył leśniczy Roman Krupa.
Z centrum dowodzenia przyszła informacja o kolejnej zalanej piwnicy. Druhowie Ryszard Spędowski i Paweł Chodorowski pojechali żukiem z pompą na pokładzie w kierunku Jeleniowa. Po kilkunastu minutach pompowania w piwnicy było sucho. Zwinęli sprzęt i odjeżdżają, a właściciel domu nawet nie wyszedł powiedzieć „dziękuję”. W południe w centrum kierowania akcją ratowniczą pierwszy bilans szkód po wichurze przedstawiają – mł. ogn. Marek Wąsik i strażak Grzegorz Kotuła z jednostki ratowniczo-gaśniczej PSP w Kudowie Zdroju. W nocy zawodowi strażacy wyjeżdżali dwa razy do akcji. Od rana ciężar działań ratowniczych przyjęli na siebie druhowie ochotnicy. Od godz. 8.00 w JRG przyjęto 15 zgłoszeń – głównie o powalonych drzewach, zagrożonych budynkach i zalanych piwnicach (informacje o przerwanych linach elektrycznych przekazują ekipom energetyków). Podkreślają, że dużo pracy ma dzisiaj także OSP z Czermnej, gdzie akcją kieruje naczelnik Andrzej Gala.
To jest przedostatni dzień funkcjonowania JRG PSP liczącej 12 osób. Strażacy mają już nowe przydziały w miejscowościach oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów. Od 22 stycznia tego roku, jednostka ratowniczo-gaśnicza PSP w Kudowie, po 7 latach działalności, przestaje istnieć. Wcześniej była to pierwsza w kraju Gminna Zawodowa Straż Pożarna utworzona w 1990 r.
Prezes Marian Mrowiec żałuje, że nie będzie już JRG, bo teraz cały ciężar ratownictwa spadnie na ochotników. – W gminie mamy 160 druhów w 4 dobrze wyposażonych jednostkach. OSP z Czermnej należy do krajowego systemu ratowniczo-gaśniczego – mówi prezes. – W skład naszego oddziału miejskogminnego wchodzą także jednostki z sąsiednich gmin, Dusznik Zdroju i Lewina Kłodzkiego. Wprawdzie władze miasta łożą ile mogą na strażaków, ale rośnie liczba zadań i wezwań. Pojawiają się też problemy z zebraniem strażaków na akcje – coraz więcej ludzi pracuje w Czechach, bo po tej stronie jest nadal wysokie bezrobocie. Polscy przedsiębiorcy niechętnie zwalniają druhów na wezwanie syreny alarmowej. Przy dużych akcjach ratowniczych można liczyć na pomoc zaprzyjaźnionych strażaków z Czech, którzy, jak tylko widzą dym, to sami przyjeżdżają, bez specjalnych apeli. Teraz nie przybyli, bo wicher poczynił podobne straty na ich terenie.
Wieczorem 19 stycznia największe zagrożenia są już usunięte. Ale prawie 100 tys. mieszkańców Dolnego Śląska nadal pozostaje bez prądu, a pociągi i autobusy mają duże opóźnienia lub zawieszone kursy. – W górach 2 –3 razy w roku zdarzają się wichury powalające pojedyncze drzewa, które musimy usuwać – stwierdza naczelnik Leszek Łupkowski. – Ale takiego huraganu nie pamiętam! Tekst i zdjęcia: Stanisław Nowak Bilans szkódWiejące kilka dni silne wiatry wyrządziły ogromne straty na terenie całego kraju. Do godziny 7 rano 20 stycznia jednostki straży pożarnej wyjeżdżały do ponad 15 000 zdarzeń spowodowanych wichurą. Najwięcej wyjazdów do likwidacji zagrożeń spowodowanych tym żywiołem mieli strażacy z województw: dolnośląskiego – ponad 2900, wielkopolskiego – ponad 2200, mazowieckiego – ponad 2100 i śląskiego – ponad 1600. Silne wiatry spowodowały śmierć 6 osób. Rannych zostało 30 osób, w tym 13 strażaków. (an) |