Redakcja
Kontakt
Strażak
Prenumerata
Ceny reklam i ogłoszeń
Wrzesień 2009
W numerze
Ponadto polecamy
Sierpień 2009
W numerze
Ponadto polecamy
Lipiec 2009
W numerze
Ponadto polecamy
Czerwiec 2009
W numerze
Ponadto polecamy
Maj 2009
W numerze
Ponadto polecamy
Archiwum
Kwiecień 2009
Marzec 2009
Luty 2009
Styczeń 2009
Grudzień 2008
Listopad 2008
Październik 2008
Wrzesień 2008
Sierpień 2008
Lipiec 2008
Czerwiec 2008
Maj 2008
Kwiecień 2008
Marzec 2008
Luty 2008
Styczeń 2008
Grudzień 2007
Listopad 2007
Październik 2007
Wrzesień 2007
Sierpień 2007
Lipiec 2007
Czerwiec 2007
Maj 2007
Kwiecień 2007
Marzec 2007
Luty 2007
Styczeń 2007
Wcześniejsze numery

Niedokończona misja PDF Drukuj E-mail
Oceny: / 2
KiepskiBardzo dobry 

17 lutego tego roku na 108 kilometrze autostrady A4 doszło do karambolu sześciu samochodów. Do 21-letniej kobiety w ciąży wezwano śmigłowiec wrocławskiego Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Niestety, nie doleciał.

We Wrocławiu panowała tego poranka zupełnie niezła pogoda. Pilot śmigłowca Janusz Cygański, który jak zwykle wyprowadził maszynę z hangaru, nie widział więc żadnych przeszkód, aby lecieć do zdarzenia. Ot, kolejny rutynowy lot. Wraz z nim w śmigłowcu zasiedli doświadczony lekarz Andrzej Nabzdyk i pielęgniarz Czesław Buśko. I polecieli.

Niestety, poza miastem już nie było tak pięknie. Padał gęsty śnieg, ale – co najgorsze – była bardzo gęsta mgła. Śmigłowiec wtopił się w nią i niemal natychmiast zniknął z pola widzenia. Komendant wojewódzki PSP we Wrocławiu st. bryg. Jarosław Wojciechowski, który wczesnym rankiem jechał autostradą A4 potwierdził: – Pogoda jest paskudna. Bardzo ślisko, a mgła tak gęsta, że nie widać dalej jak na odległość 20 – 30 metrów.

W tym „mleku” leciał śmigłowiec. Najkrótszą trasą w stronę karambolu. Byli kilkaset metrów od miejsca zdarzenia, kiedy nagle ...

Kobieta, mieszkanka pobliskiej wsi usłyszała warkot śmigłowca nad swoim domem. Przeleciał i zaraz potem rozległ się potężny huk. Coś jakby tępe uderzenie. Zamarła przerażona. Natychmiast skojarzyła fakty i roztrzęsiona zatelefonowała do strażaków w Środzie Śląskiej.

– Chyba spadł śmigłowiec – alarmowała.

– Gdzie!?

Kobieta podała kierunek, ale potem okazało się, że słuch ją zawiódł. Zdawało się jej, że usłyszała ów huk z jednej strony, podczas gdy do zdarzenia doszło w innym miejscu. Niemniej służba stanowiska kierowania PSP w Środzie Śląskiej natychmiast ogłosiła alarm. Wiadomość o możliwej katastrofie śmigłowca trafiła do służb dyżurnych wojewody dolnośląskiego, a także do WSKR KW PSP we Wrocławiu. Ponieważ informacja o możliwej katastrofie potwierdzała się, zarządzono poszukiwania.

W tym czasie wielu druhów pobliskich OSP uczestniczyło w akcji ratunkowej na autostradzie A4. Tak było w przypadku OSP Marcinowice czy OSP Granowice. Jak powiedział Henryk Krzyśków z OSP Marcinowice, z uwagi na trudną sytuację koledzy postanowili podzielić swoje siły. W rezultacie jeden samochód ze strażakami ochotnikami został na autostradzie, aby uczestniczyć w działaniach związanych z karambolem. Drugim zaś część druhów wyruszyła na poszukiwania. W tym samochodzie byli Henryk Krzyśków, Zbigniew Potocki i Tomasz Soroka.

Z kolei druhowie OSP Granowice zjechali swoim berlietem z autostrady A4 i przystąpili do poszukiwań. W akcji uczestniczyli między innymi: Jan Grygorcewicz, Grzegorz Skwark, jego synowie – Piotr Skwark i Przemysław Skwark, a także Tomasz Długosz. Dołączyli do nich druhowie z OSP Paszowice – Jarosław Pieniążek, Kamil Pieniążek oraz Krzysztof Olejnin, którzy pojechali na akcję poszukiwawczą starem 244.

Ogółem do akcji poszukiwawczej skierowano około 300 osób – strażaków z PSP i z OSP, policjantów, ratowników pogotowia. W poszukiwaniach wzięły udział OSP: Bogdanów, Bukówek, Budziszów Wlk., Granowice, Jawor, Kostomłoty, Lusina, Męcinka, Mściwój, Radoszyce, Rogoźnica, Strzegom, Ujazd Górny, Ujazd Dolny, Udanin, Wądroże Wielkie i Wądroże Małe. Łącznie OSP skierowały do akcji 32 samochody i ponad 100 druhów.

 

Walka z czasem

 

Tymczasem lekarz ratownik z KW PSP we Wrocławiu Piotr Szetelnicki nawiązał kontakt telefoniczny ze swoim kolegą, ciężko rannym, ale przytomnym lekarzem LPR Andrzejem Nabzdykiem. Rozmawiali wielokrotnie. Okazało się, że Nabzdyk nie wiedział ani gdzie się znajduje, ani też, w jakim stanie są pozostali członkowie załogi. – Widzę tylko jakieś drzewa i zabudowania – informował i zamartwiał się o kolegów. – Wołałem do nich, ale się nie odzywają. Pewnie ich stan jest ciężki i potrzebują natychmiastowej pomocy. Image

Dzięki temu, że Nabzdyk, inspirowany przez kolegę, zadzwonił na numer alarmowy 112, była możliwość uruchomienia systemu lokalizacji miejsca zdarzenia. Niestety, wkrótce okazało się, że dane te nie są zbyt precyzyjnie. Sygnał z telefonu komórkowego został „przechwycony” przez maszt w Granowicach. W pierwszej fazie poszukiwań wszyscy więc ruszyli w tym kierunku. Tymczasem, jak się później okazało, miejsce katastrofy znajdowało się w odległości 6 km od masztu, a obszar poszukiwań trzeba było znacznie poszerzyć.

Dlaczego tak się stało? Otóż na obszarach o mniejszej gęstości zaludnienia maszty antenowe stawiane są rzadziej. To wystarcza, aby zapewnić łączność w systemie telefonii komórkowej. Poza tym w trudnych warunkach atmosferycznych sygnał może ulec pewnym przekłamaniom i zostać „przechwycony” przez inny maszt. A skoro taka możliwość istnieje, to trzeba ją brać pod uwagę przy poszukiwaniach.

Pomimo tak znacznych sił, strażacy szybko doszli do wniosku, że trzeba zwiększyć liczbę ludzi uczestniczących w poszukiwaniach. Po pierwsze dlatego, że obszar do przeczesania okazał się znaczny, a po drugie – z uwagi na bardzo trudne warunki. Utrzymująca się mgła powodowała, że poszukiwania prowadzono niemal po omacku. – Dlatego zwróciliśmy się do naszych mieszkańców o pomoc w poszukiwaniach – wspominają druhowie z OSP Granowice.

Nie odmówili. Gospodarze wyprowadzali traktory i ruszyli nimi w białą czeluść na poszukiwania. Ci, którzy nie mieli czym jechać zostali załadowani do busa i także wzięli udział w akcji. Teraz szanse ratowników na sukces poszukiwañ znacznie się zwiększyły. Było to niezwykle ważne, bowiem wszyscy zdawali sobie sprawę z upływającego czasu. Załoga śmigłowca, jeśli przeżyła, musiała otrzymać natychmiastową pomoc.

 

Los zabrał to, co dał

 

Rozbity śmigłowiec jako pierwsi znaleźli dwaj młodzi mieszkańcy wsi Jarostów. Oni okryli rannego lekarza swoimi kurtkami i odebrali kolejny telefon od Piotra Szetelnickiego. Wrak śmigłowca znajdował się na terenie ogrodu, w pobliżu zabudowań. Leżał w sporym zagłębieniu terenu, między drzewami ogrodu okolonego płotem. Z zewnątrz był więc niewidoczny. Właściciel gospodarstwa przyznał, że spał i niczego nie słyszał. O zdarzeniu dowiedział się z radia.

W ostatniej fazie trwających ponad godzinę poszukiwań, do miejsca zdarzenia z różnych stron nadbiegali ratownicy pogotowia ratunkowego, strażacy z PSP i z OSP, policjanci, mieszkańcy. Chwilę później w pobliżu wylądował śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Na pokład zabrano jednak tylko jednego z trzech członków załogi, ciężko rannego lekarza Andrzeja Nabzdyka. Niestety, pilot Janusz Cygański i pielęgniarz Czesław Buśko ponieśli śmierć na miejscu.

Teraz druhom przypadły w udziale inne obowiązki. Trzeba było zabezpieczyć teren zdarzenia i ochraniać go do czasu przybycia komisji. Potem trzeba było pomóc w pocięciu i pozbieraniu szczątków maszyny oraz załadowaniu tego wszystkiego na samochody. No i jeszcze jeden obowiązek...

 

* * *

Cmentarz w Bolkowie. Tu 25 lutego odbył się pogrzeb pilota śmigłowca Janusza Cygańskiego. Wcześniej, 23 lutego na cmentarzu wrocławskim, odbyło się ostatnie pożegnanie pielęgniarza Czesława Buśko. W uroczystościach wzięły także udział liczne delegacje dolnośląskich OSP. Dla wielu druhów było to pożegnanie nie tylko wspaniałych ratowników, ale też kolegów, z którymi mieli bliskie kontakty.

– Z Januszem Cygańskim spotykaliśmy się wielokrotnie i to przy rozmaitych okazjach. To nasz chłopak z Bolkowa. Bardzo życzliwy dla nas druhów. Wspomagał nas w sprawach szkolenia i wyposażenia, ale też bywaliśmy razem na różnych uroczystościach – wspomina prezes OSP Bolków Jan Mieszała. – Miał być na naszym zebraniu sprawozdawczym w połowie marca. No i już nie będzie.

Kiedy w kościołach i na cmentarzach trwały uroczystości pogrzebowe, ze szpitala wojskowego we Wrocławiu napłynęła informacja o tym, że Andrzej Nabzdyk odzyskał przytomność i rozumie co się do niego mówi. A następnego dnia kolejna dobra wiadomość. Ciężko ranny lekarz odzyskał mowę.

Los chciał, że tym razem misja ratowników pozostała niedokończona. Ale gdy będzie trzeba, na pomoc pospieszą zawsze ich koledzy i następcy...

Tekst i zdjęcie:
Lech Lewandowski

< Poprzedni   Następny >
Popularne
 
 

Created by Internetowy Instytut Informacji @ 2007